Jak zwykle zaczęło się niewinnie - jakieś dołki, górki... Pierwsze sukcesy:
 
... i pierwsze porażki:
 
Po rozgrzewce przyszedł czas na gwóźdź programu. Na szczęście dla nikogo nie okazał się on gwoździem do trumny - choć gdyby nie wyciągarka Petera i zmyślny system bloczków, to niektórzy tkwiliby tam do dziś ;-)
 
 
Następny dzień to kilkudziesięciokilometrowa trasa według roadbooka. Do użytku wewnetrznego ochrziliśmy ją "Pustynna Burza" - od kilku tygodni na Mazurach nie padał porządny deszcz. Natura ma jednak swoje prawa - istnieją miejsca, gdzie musi być mokro...
 
 
Nadszedł czas pożegnań. Rene i Peter, którzy mieli do domu 1200 km wyjechali już w sobotę wieczorem. Nie mogli wyjść z podziwu dla terenów, jakie mamy w Polsce. U nich tego typu impreza musiałaby się odbyć na torze off-roadowym, otoczonym przez autostrady... Rankiem wspólne zdjęcie, wręczenie złotej (Grzegorz), srebrnej (Piotr i Dagmara) i brązowej (Paweł i Paweł) łopaty dla przodowników pracy off-roadowej. Potem krótka przejażdżka. W lesie zostało jeszcze trochę błota - moczymy koła, niektórzy też instalacje zapłonowe... Umawiamy się na następne spotkania na Mazurach... I do domu :-(