Sylwester 2004 ...jak było naprawdę
Czyli rozmowa w cztery oczy z trzema osobami...


Rok 2003 był wyjątkowy, nic więc dziwnego, że zaczął się kończyć już 26 grudnia... Pędząc z zawrotną prędkością w kierunku Warszawy myślałam o wyprawie która czeka mnie niebawem... 200 km pokonane Peugotem ma się nijak do 60 - terenową Suzuką. Teraz jazda to czysta rozkosz, droga na Mazury będzie przygodą...
Tak, to, że Pati pojawiła się w Warszawie miało wydźwięk bardzo pozytywny - te kilka kartonów rzeczy trzeba było na Mazury jako dowieźć... A UAZ w Olsztynie...
Następnego dnia rano jedziemy do Lipowa, rozpalamy w piecach, a następnie do Olsztyna po auta. Ja jeszcze tego samego dnia wracam do Lipowa, Pati ma przyjechać nazajutrz.

Umówiliśmy się rano w Mrągowie przed poligonem i choć przyjeżdżam dużo później, to spóźnienie przestaje być ważne - Uaz traci sprzęgło. Trasę na poligonie objeżdżamy Suzą, sprawdzając i oznaczając tamą kolejne próby i całą trasę.
Marcin spędza wieczór w warsztacie przygotowując Uaza do naprawy.. wymontowanie skrzyni biegów daje nadzieję, że jutro UAZa od rana da się naprawić...

Mamy 29 grudnia i jutro przyjadą pierwsi uczestnicy imprezy. W Mrągowie robimy zakupy i zamawiamy kiełbasę oraz chleb na noc sylwestrową, później jedziemy obejrzeć stan prób na łąkach za Rybnem - zastaliśmy wszystko pozamarzane, ale rów po Krazie wyglądał obiecująco. Po powrocie do Mrągowa pojechaliśmy do Sławka, gdzie Marcin został aby naprawić samochód.
Udało się! Wszystkiemu winna był śrubka w docisku, która się wykręciła... Dzięki życzliwości Sławka wczesnym wieczorem wyjeżdżam z warsztatu sprawnym samochodem.


Następnego dnia rano szybka wizyta w Mrągowie, potem jedziemy do szkoły, aby ją "przejąć" od Pani Dyrektor.
Przyjeżdża coraz więcej osób, częstujemy je gorącą herbatą i ciastkami, siedzimy coraz gęściej w pokoju socjalnym, donosimy krzesła z innych pokojów... zbiera nas się już tyle osób, ze trzeba przenieść się z kuchni na korytarz. Raz dwa ustawiamy stoły i krzesła, ktoś przynosi piwo i chipsy, my serwujemy gorącą herbatę... siedzimy do późna, aż ostatni goście się zjadą. Pada mokry śnieg - nie mają łatwej drogi...


Aż nastał kolejny dzień - jakże ważny: 31 grudnia.
Zabawę rozpoczęliśmy już o 10 rano, zaczęło się od zbiórki uczestników. Większość osób była punktualnie, czekaliśmy tylko na Dawida i Sławka, a ci spóźnili się z powodu wypadku na drodze, który zablokował trasę do Mrągowa. Postanowiliśmy objechać to miejsce polami, co wyszło całkiem ciekawie. W nocy spadł śnieg, a po niebie ślizgała się mgła. Marcin, który ze mną jechał był urzeczony widokiem jaki się przed nami rozpościerał, nie wiadomo, gdzie ziemia, gdzie niebo, bo wszystko dookoła było białe. W takim klimacie dojechaliśmy na poligon, gdzie wszystkich czekało zaliczenie przygotowanych wcześniej różnych prób terenowych:
"Sanki" to próba, która polegała na zjechaniu ze stromej, piaszczystej góry. Z kolei oddzielną próbą było podjechanie pod tę górę... oczywiście większy problem był z podjazdem... Większość jednak dzielnie sobie poradziła, a mnie cieszyło jak wiele osób jest zainteresowanych sprawdzeniem swych sił na podjeździe. Z czasem dało się też słyszeć nieśmiałe, a potem śmielsze nawoływania, żebym i ja pokazała, że podjadę... ale nie dałam się podpuścić ;)
Druga próba przejazdu "Kraz tu jechał" choć z początku wydawała się łatwa - zamarznięte koleiny były na pozór łatwe do objechania bokiem, okazała się najtrudniejszą ze wszystkich i niemalże niemożliwą do przejechania bez użycia wyciągarki. Nielicznym się ta sztuka udała, m.in. Borys Patrolem i Pan Sławek Wranglerem dali tej próbie radę.
Następnie "Góra dół", czyli zjazd i podjazd w poprzek głębokiego jaru, w dodatku bardzo zaśnieżonego i oblodzonego.
Po tej próbie rozdzielaliśmy się na dwie grupy, nazwijmy je: twardziele i turyści. Z początku niemal każdy opowiadał się za wersją lajtową, wystarczyło jednak, że Dawid i Sławek skierowali swoje samochody na trasę ekstremalną, a już za nimi podążyła większość uczestników.
Na kolejnej próbie "Wilcze doły" wpierw przepuściłam uczestników, poczym z przyjemnością przejechałam ją, skądinąd nie bez emocji, bo pod presją koniecznego sukcesu...
Poligon, po którym się poruszaliśmy był niezwykle ciekawy. Oprócz wyznaczonych prób przejazdu mieliśmy do pokonania również długie podjazdy, gdzie np. Patrola na szosowych oponach trzeba było wepchnąć na samą górę, ale ostatecznie udało się bez ciągnięcia innym samochodem.
Stąd ruszyliśmy na lotnisko pod Mrągowem, dalej na trial koło warsztatu Sławka, gdzie zakończyliśmy część przedobiednią, myśląc, że na torfowisko nie będzie chętnych. Prawda była inna i mogliśmy jeszcze zobaczyć jak Dawid wyciąga RR-a na winchu z grząskiego, bynajmniej nie zamarzniętego bagna.
Do godziny 19.00 zaplanowana była przerwa na wypoczynek przed zabawą sylwestrową, a potem przejazd na ognisko.
Który miał polegać na pozornym błądzeniu, a polegał - zdaje się, bo przy tym nie byłem - na błądzeniu jak najbardziej prawdziwym. Najważniejsze, że w końcu wszyscy szczęśliwie trafili na ognisko!
Z ogniska, po hucznych fajerwerkach i szampańskich życzeniach udaliśmy się na dalszą zabawę do bazy. Tu przy śpiewie i muzyce impreza toczyła się do rana... do piątej rano.
Rano obudziło nas wesołe chrapanie Adama, odświeżyliśmy się trochę i oczekiwaliśmy na uczestników, którzy zapowiedzieli swoje przybycie na godzinę dwunastą. Po zbiórce ustawiliśmy się na końcu karawany zmierzającej na Górę Czterech Wiatrów pod przewodnictwem Dawida. Za nami jak cień podążał ogromny KRAZ...
Tu wśród okrzyków zachwytu, tudzież przerażenia wspięliśmy się na szczyt by z niego nie bez przygód zjechać. Na Górze Czterech Wiatrów pożegnaliśmy się o 15.
O godz. 17:00 kolejna zbiórka i po krótkim wstępie z elementami szkolenia rozpoczęliśmy etap nocny.
Organizatorzy niezauważenie śledzili poczynania zawodników, m. in. stojąc koło skrętu na cmentarzyk w odległości 10 metrów od przejeżdżających samochodów. Padający wciąż śnieg tworzył szczelną zasłonę - chyba nikt nas nie zauważył.
Sprawdzian nawigacyjny był ograniczony czasem - niestety żadna z załóg nie zmieściła się w limicie...
Jedna z załóg została za to zdyskwalifikowana SMSem, ale z uwagi na słaby zasięg sieci komórkowych na terenie zabawy dostała go dopiero następnego dnia i jej protest został rozpatrzony pozytywnie - tzn. dyskwalifikacja przechodzi na następną imprezę.
Należy wyrazić uznanie dla załogi białego LRa (Jacek i Robert), który zaczął zabawę godzinę później i prawie zmieścił się w czasie wyznaczonym dla innych uczestników - byli więc najszybsi!
W szkole trwały tymczasem przygotowania do pokazu slajdów z naszych wcześniejszych imprez, każdy też już po powrocie mógł posilić się zrobioną na grillu kiełbaską.
Slajdy cieszyły się sporym zainteresowaniem, na co wpływał fakt, iż większość osób obecnych na Sylwestrze była już na naszych imprezach, a teraz mogli wspominać razem z nami minione przygody, bądź porównywać je z tymi rajdami, na których nie byli.

Dzień 2 stycznia przywitaliśmy wspólnie o 10 rano i już na odprawie całość załóg została podzielona na dwie grupy. Pierwsza pojechała z Marcinem na miejsce startu nr II, drugą wystartowałam spod szkoły.
Cała zabawa polegała na jeździe po opisie do określonego celu, który był wspólny dla obu grup. Trasa była jednak zupełnie inna. Zwyciężyć miała ta grupa, która pierwsza osiągnie cel.
Dobrą zabawę zapewnił padający nieustannie od kilkunastu godzin śnieg. Grupę, która jechała trasą teoretycznie łatwiejszą, zaspy na polach wstrzymywały na długie dziesiątki minut. Ostateczna rozgrywka nastąpiła jednak na "drodze prawdy" za Pieckami - tu samochody buksując w głębokim śniegu dokopywały się do grząskiego błota - tylko przezorność organizatora ;-)))), który przydzielił do tej grupy niebieskiego Wranglera z wyciągarką pozwoliła w miarę sprawnie pokonać ten odcinek.
Grupa, która poruszała się trudniejszą trasą pokonała teren sprawniej i otrzymawszy opis drugiej trasy zaczęła się po niej poruszać, czytając opis od końca.
Wieczorem, o 22, spotkaliśmy się znów w sporym gronie i ustaliliśmy, że jedziemy jeszcze raz, już jedną kolumną, po opisie - była noc, przez cały dzień padał śnieg i wiał silny wiatr, trasa ta była zatem wciąż ciekawa, a nawet coraz ciekawsza ...
Tak się złożyło, że nie mógł jechać z nami Marcin. Poprosiłam Basie o pilotowanie, jechałyśmy Suzuką.
Ja przed 22 dostałem wiadomość, że na zasypaną śniegiem wieś trzeba dowieźć lekarstwa z Mrągowa. Zostawiam więc uczestników pod opieką Pati a sam jadę najpierw do szpitala a potem do potrzebujących. Śnieg pada cały czas, jadę znanymi sobie skrótami, na szczęście śnieg jest sypki i atakowane z dużą prędkością zaspy rozsypują się w białą mgłę. Z CB radia docierają odgłosy dalekiej walki z terenem, słyszę coś o Landroverze utopionym w gnojówce... Docieram szczęśliwie do celu i postanawiam - również na skróty - dołączyć do kolumny.
W drodze często stawaliśmy by znaleźć dobrą drogę, wtedy najlepszym sposobem aby dowiedzieć się co nas zatrzymało było zapytanie przez CB radio kogoś z przodu kolumny. Jako jeden z pierwszych jechał Adam z Anetą i ona właśnie mówiła nam co się dzieje... kiedy jeden z postojów zdawał się być za długi, a Aneta nie potrafiła opisać co go spowodowało, postanowiłam przejść do przodu i sama zobaczyć, co się dzieję. Na miejscu okazało się, że załoga białego LR-a wtopiła i to bardzo paskudnie - tak, że mimo prób wyrwania samochodu do tyłu sytuacja tylko się pogarszała. Była noc, wokół pola, wiał zimny wiatr, a LR stał zanurzony w jakiejś śmierdzącej breji po progi. Przed nimi przejechał zielony LR tzw. autobus, natomiast oni nie mieli tyle szczęścia, lód pękł pod ciężarem samochodu i zablokował go uniemożliwiając dalszą drogę. Sytuacja była o tyle dobra, że wokół były pola, którymi mogliśmy ominąć feralne miejsce. Skorzystał z tego Borys swoim Patrolem, do którego podczepiono "Autobus" a z drugiej strony podczepił się uwięziony LR i na wyciągarce powoli wyjechał z matni. Zupełnie nie wiadomo co było wylane na drodze... Padały przypuszczenia, ze może to chłopi wylali szambo, czy gnojówkę, fakt jest taki, że LR siedział w tym długo, zanurzony po progi, a nawet część podobno wlała im się do środka... niestety to było czuć.
Ruszyliśmy dalej, a ja skontaktowałam się z Marcinem przez CB radio - okazało się, że jedzie ku nam z przeciwnej strony, więc niedługo się spotkamy... Chwilę później jednak okazało się, że Marcin również wkopał Uaza i nie może wyjechać.
Taaaaak... Droga Baranowo - Użranki nie należy do tych o pierwszej kolejności odśnieżania. UAZ dzielnie radził sobie z kolejnymi zaspami, oślepione halogenami sarny, które posilały się przydrożnymi krzaczkami nawet niespecjalnie uciekały, tylko przyglądały się co zmąciło im spokojny posiłek... W końcu jedna z zasp wygrała - wbiłem się w nią z dużą prędkością, zatrzymała mnie. Udało mi się wycofać, rozpęd - siedzę na dębowo, koła obracają się bez żadnego efektu. Zabrakło jakichś 3 metrów... Hi-lift, łopata, siekierka - ale nawet nie ma żadnych krzaków, żeby pod koła podłożyć. Wokół samochodu zaspy prawie do pasa, las ze zbawczymi gałęziami gdzieś na horyzoncie. Na szczęście przez radio słyszę, że kolumna jest już blisko.
Wróciliśmy do bazy po godzinie 2 i ustaliliśmy, że o ile nikt nie zaproponuje spontanicznej jazdy, to jutro już nigdzie nie jedziemy, a ok. 10 zrobimy sobie pożegnanie...
Tak też się stało, my musieliśmy jeszcze posprzątać szkołę i o godz. 12 oddaliśmy ją pod opiekę Pani Dyrektor, zadowolonej, że budynek stoi na miejscu. Sylwester można było uznać za zakończony.
Niektórzy uczestnicy pojechali jeszcze w teren, cieszyć się bezchmurnym niebem i śnieżnym krajobrazem. Były jakieś pogonie za chłopem z anteną ;-), a na pamiątkę pozostały śliczne zdjęcia...

Dziękujemy wszystkim za udział i bardzo dobrą atmosferę - i obiecujemy - następną imprezę postaramy się przygotować jeszcze lepiej!


Pati               Marcin

Do zobaczenia!
Powrót